typex.info

POPKULTURA

The Order: ciche braterstwo

Reading Time: 5 minutesPodstępna agenda Hollywoodu.

11/04/25 5 min

The Order: ciche braterstwo

Reading Time: 5 minutes

Jeśli szukasz dobrego, klasycznego kryminału w męskim wydaniu, który jednocześnie nie jest propagandowym gniotem, to możesz szukać dalej. Tutaj bowiem stężenie chytrej manipulacji znacznie przekroczyło dopuszczalne normy.

Uczciwie przyznać trzeba, że The Order: ciche braterstwo to całkiem niezłe kino. Trzymający w napięciu thriller z Judem Lawem w roli agenta FBI, który podejmuje niełatwą walkę z zorganizowaną grupą przestępczą w Waszyngtonie. Film jest dobrze zrealizowany, ma sprawną reżyserię, ładne zdjęcia i solidne aktorstwo. I wszystko byłoby cacy, gdyby nie fakt, że to sprytnie zakamuflowane narzędzie walki politycznej.

Jude Law jako oficer FBI

Główny problem polega na tym, że twórcy tego paszkwila inspirowali się tak zwanymi „faktami autentycznymi”, opierając się w bardzo luźnym stopniu na historii Roberta Jaya Mathewsa, założyciela nacjonalistycznej organizacji Zakon (tytułowy The Order), która w latach 80′ XX wieku napadała na banki, by zdobywać fundusze dla swojej sprawy, to jest wyzwolenia Ameryki spod dyktatu liberalno-postępowego establishmentu.

Tu pojawia się pierwszy zgrzyt – obraz wykorzystujący fakty historyczne nadal jest tylko filmem fabularnym, czyli wizją artystyczną, fikcją literacką. Tymczasem bezmyślna tłuszcza zazwyczaj postrzega tego typu produkcje jak dokumenty, doszukując się w nich prawd objawionych i obiektywizmu. Recenzentka Gazety Wyborczej napisała, że po obejrzeniu The Order chciała „zejść do piwnicy i się w niej zabarykadować”.

Idźmy dalej. We wczesnej młodości Robert Mathews coraz mocniej fascynował się historią i polityką. Największy wpływ wywarły na nim książki: „Zmierzch Zachodu” Oswalda Spenglera oraz „Którędy, zachodni człowieku?” Williama Gayley’a Simpsona. Ta druga stała się wręcz swego rodzaju manifestem politycznym amerykańskiej prawicy, który opisywał rolę wiary, rodziny, małżeństwa i tradycyjnych wartości w życiu cywilizacji zachodniej. Tymczasem producenci filmu obiektem kultu Mathewsa uczynili „Dzienniki Turnera”, powieść nazywaną biblią prawicowej ekstremy.

Jej autor, Andrew MacDonald (pseudonim artystyczny Dra Williama Luthera Pierce’a), ukazuje świat pozbawiony jakichkolwiek zasad moralnych, w którym dekadencja i hołdowanie najniższym instynktom prowadzą do kompletnego upadku cywilizacji białego człowieka. Książka przedstawia życie amerykańskiego społeczeństwa w czasach panowania skrajnie lewicowych poglądów, przyczyniających się do demilitaryzacji Ameryki, co w efekcie skutkuje licznymi atakami ze strony kolorowych. Cóż, od paru ładnych lat brzmi to jakoś dziwnie znajomo.

Konsekwencją takiego obrotu rzeczy jest inicjatywa prawicowego podziemia, a konkretnie powstanie oddolnej organizacji, która (nie widząc innej możliwości w zepsutym systemie) zdobywa fundusze drogą fałszerstw i rabunków. Jej działalność osiąga punkt kulminacyjny podczas powstania narodowego, którego zwieńczeniem jest tak zwany „Dzień Sznura”, kiedy biali zdrajcy swojej rasy zawisają na latarniach.

Redaktor polskiego wydania „Dzienników Turnera” pisze o nich w taki sposób: „Świat czterdzieści, dwadzieścia, a nawet pięć lat temu był zupełnie różny niż dziś. To, co obecnie dzieje się na ulicach amerykańskich miast, cały ruch Black Lives Matter, działania propagowane ze strony korporacji w obronie świeckiego świętego George’a Floyda to aberracja, którą trudno mi w sposób kulturalny skomentować. Dlatego też w dzisiejszych czasach wymowa Dzienników Turnera jest zupełnie inna.

Sceny przedstawiające murzyńskich degeneratów prześladujących białych, Bogu ducha winnych, mieszkańców amerykańskich miast, nie są już książkową fikcją Pierce’a, to smutny obraz transmitowany na cały świat za pośrednictwem mediów głównego nurtu oraz portali społecznościowych”. Nigdy tej książki nie czytałem, ale z powyższym opisem trudno jest mi się nie zgodzić.

Nicholas Hoult jako Bob Mathews

Dla autorów The Order opisane wyżej „Dzienniki Turnera” są jednak wyłącznie perfekcyjną okazją do niewinnego przekłamania, zamiany autentycznej fascynacji Mathewsa (czyli powieści Williama Simpsona) na coś, co dla społeczeństwa będzie dowodem nazistowskich ciągot przywódcy tytułowego Zakonu. To czysto fikcyjna metodologia dowodowa.

W tej chybotliwej i bezczelnej podmiance istnieje jednak poważny szkopuł. Otóż zdaniem twórców filmu mocno naiwna bajeczka political fiction w postaci „Dzienników Turnera” jest niejako punktem odniesienia dla członków bractwa, czymś w rodzaju instrukcji obsługi, przepisem na stopniowe zdobywanie władzy. Tego typu sugestia jest (moim zdaniem) równie idiotyczna, co zabawna.

Po pierwsze, tylko debil opierałby działalność przestępczą na powszechnie dostępnej powieści. Po drugie, w biografii Mathewsa nie ma ani jednej wzmianki o tym, że kiedykolwiek inspirował się tą książką. Chyba że za źródło naukowe zaczniemy uznawać Wikipedię, bastion wszelkich kłamstw i wypaczeń. Jest to zatem wyłącznie sugestia autorów filmu i środowiska lewicowego. Po prostu na siłę mu ją przyklejono.

Jeszcze śmieszniejsza jest pisana wołami adnotacja po zakończeniu seansu. Autorzy The Order sugerują w niej, że „Dzienniki Turnera” były motywem przewodnim tłumu szturmującego Kapitol w 2021 roku. Coś takiego jest już tylko podłym kłamstwem i wymysłem partii demokratycznej. Propagandyści postawili na tę książkę także ze względu na jej intensywnie czerwony kolor, czyli barwę partii republikańskiej, która ma się teraz jawnie kojarzyć z rasizmem. Czyżby obóz demokratyczny zapomniał, kto założył Ku Klux Klan?

Premiera The Order miała miejsce w sierpniu 2024, kiedy kampania prezydencka w USA wkraczała w decydującą fazę. Nie mam żadnych wątpliwości, że była to produkcja stworzona na zamówienie polityczne, by niejako przestraszyć Amerykanów sugerowaniem tego, co się stanie, jeśli Donald Trump i republikanie wrócą do władzy. Historia pokazała, że Amerykanie nie dali się przestraszyć, mówiąc komunistom stanowcze nie.

The Order: chiche braterstwo jest przykładem wyjątkowo podstępnej manipulacji, która wyciąga z historii fanatycznych odszczepieńców i wkłada we wspólny mianownik dla wszystkich patriotów, stawiając znak równości między faszyzmem a miłością do kraju, między nacjonalistycznym fanatyzmem a przywiązaniem do tradycyjnych wartości. To mechanizm, który Polakom jest dobrze znany. Wszak jeszcze niedawno 11-go listopada „60 tysięcy faszystów maszerowało ulicami Warszawy”.

Reżyser filmu, Justin Kurzel, niemal obsesyjnie próbował nadać powagi opowiadanej historii. W konsekwencji bohaterowie The Order wypadają groteskowo. Śledztwo traktują bardzo osobiście – wrzeszczą, prawie płaczą, krew im leci z nosa. Grupą uderzeniową FBI dowodzi ciemnoskóra kobieta, co jest bardzo zgodne z policyjnymi realiami Ameryki lat 80′ XX wieku. W tle oczywiście krzyż i wierni Kościoła katolickiego – wioskowe przygłupy, uprzedzeni i ograniczeni, no bo jacy mieliby być.

The Order jednocześnie śmieszy i przeraża, ale nie potencjalną brutalnością, co efektem propagandowym, który niestety jest potężny. Dawniej Hollywood było fabryką snów. Dziś jest już niemal wyłącznie kuźnią marksistowskiej ideologii nastawionej na niszczenie wszelkich wartości konserwatywnych i rozwalanie kraju od środka. Stało się nienawistną i obsesyjną organizacją wdrażającą w życie najważniejszą naukę Józefa Stalina, który do znudzenia powtarzał, że wszystko, co nie jest zgodne z duchem komunizmu, jest faszystowskie.