Trump kontra reszta świata
Reading Time: 4 minutesautor: Michele Rallo, włoski publicysta
Co się dzieje? Krach na rynkach? Recesja? Pomijając aroganckie zachowania Donalda Trumpa, jego propagandową buńczuczność i wreszcie niewłaściwą politykę komunikacyjną, odpowiedź brzmi: NIE. Mamy po prostu do czynienia z radykalną zmianą kierunku amerykańskiej polityki gospodarczej oraz histeryczną reakcją przegrywających: przede wszystkim w samych USA, a następnie w reszcie świata.
Kim są przegrywający? To zwłaszcza wielkie międzynarodowe korporacje, które zdominowały rynki i które za rynkami się ukrywają. Głównie one zostaną ukarane cłami Trumpa, ponieważ od tej pory nie będą mogły już więcej oddawać się swojej ulubionej zabawie – delokalizacji, czyli produkowaniu w Chinach lub krajach Trzeciego Świata przy śmiesznie niskich kosztach, a następnie sprzedawaniu gotowych produktów na rynku amerykańskim po cenach niebotycznie wyśrubowanych – nie tylko osiągając oszałamiające zyski, ale także powodując efekt uboczny w postaci uwalania małych firm, niebędących w stanie konkurować z chińskimi kosztami produkcji.

Kiedy gazety i serwisy informacyjne mówią, że w danym dniu miliardy dolarów wyparowały z giełd, nie jest to prawdą, ponieważ pieniądze nie parują, nie znikają i nie odfruwają na zimę. Zmieniają tylko właściciela. To, co ktoś traci, ktoś inny zyskuje. W szczególności to głównie duże międzynarodowe korporacje z nałogiem relokacji tracą teraz pieniądze poprzez dewaluację swoich akcji. W tym samym czasie pieniądze te zostały pozyskane przez kogoś innego, na przykład poprzez zakup tychże samych akcji po korzystnych (a niekiedy bardzo korzystnych) cenach z konkretnymi perspektywami przyszłych i znacznych zysków. Na giełdzie czarny dzień dla jednego prawie zawsze odpowiada pomyślnemu dniu dla kogoś innego.
Abstrahując jednak od kwestii nieznikających pieniędzy, Trump zapoczątkował zmianę o gigantycznych proporcjach, z pewnością ogromnie pozytywną – naturalnie patrząc perspektywicznie, z zastrzeżeniem nieuniknionych negatywnych reperkusji krótkoterminowych. Podobnie, pozytywne tego skutki mogą być również w Europie, jeśli zamiast pełnić funkcję pudła rezonansowego dla skarg i zażaleń korporacji, znajdzie odwagę, by dokonać radykalnej zmiany kursu. Jeszcze lepiej, jeśli zrezygnuje z niektórych idiotycznych „reform” i powróci do współpracy gospodarczej z Rosją (co w obecnym układzie sekciarsko-mafijnym jest oczywiście mrzonką – przyp. red.).
Ale na czym, poza wdrażaniem środków nadzwyczajnych, polega zmiana polityki Trumpa? Krótko mówiąc, na odrzuceniu globalizacji i powrocie do starego i wypróbowanego protekcjonizmu. Oznacza to wyrzucenie za burtę całej amerykańskiej historii XX wieku oraz pierwszych dekad XXI wieku i powrót do głębokiej Ameryki XIX wieku – z rosnącym bogactwem, które rozlewało się na ludzi równomiernie, a nie było zarezerwowane wyłącznie dla wielkiego kapitału spekulacyjnego, jak stało się później za sprawą globalizacji.

To wielki anglosaski kapitał spekulacyjny (z siedzibą w Londynie, a nie w Waszyngtonie) doprowadził do końca amerykańskiego protekcjonizmu, a także do ustanowienia polityki „wolności handlu”, która zubożyła naród amerykański i wzbogaciła wielkie międzynarodowe korporacje oraz wielki kapitał. I to właśnie w imię „wolności handlu” bankierzy Ameryki finansowali dwie wojny światowe oraz kolejne, które po nich nastąpiły (ostatnio tę zakamuflowaną jako wojna rosyjsko-ukraińska) pod kłamliwym pretekstem chęci eksportu anglosaskiej demokracji do wszystkich zakątków Ziemi.
Pamiętacie 14 punktów, za pomocą których Woodrow Wilson podyktował zasady, jakim miał podlegać świat po pierwszej wojnie światowej? W szczególności trzeci z owych punktów jest tu istotny: „Zniesienie w największym możliwym stopniu wszelkich barier gospodarczych i ustanowienie równych warunków handlu dla wszystkich narodów, które zgadzają się na pokój i stowarzyszają się w celu jego utrzymania”. Był to prekursorki manifest globalizacji – wytrych, który miał pozwolić anglosaskiej finansjerze na inwazję na świat za pomocą jej finansowych machinacji. I nie dla dobra narodu amerykańskiego, ale dla własnych korzyści, to znaczy dla zysku bardzo wąskiego kręgu macherów i spekulantów, którzy za sznurki światowego „handlu” pociągali tak wczoraj, jak i dziś.
Oczywiście, na krótką metę trudno jest ogarnąć skalę protekcjonistycznej rewolucji, która stawia właśnie pierwsze kroki. Wyłania się tu wojna celna z jej bezpośrednimi konsekwencjami dla gospodarek innych krajów. Aż do momentu, gdy inne kraje (poczynając od naszego własnego) zdadzą sobie sprawę, że powrót do protekcjonizmu z pewnością byłby dobry także dla nich. Że dobrze i słusznie byłoby przekazać owoce rozwoju gospodarczego własnym narodom, a nie pozwalać na to, by korzystali z nich wyłącznie znani potentaci należący do korporacji i bankierów.

Przypominam, że taryfy celne istniały zawsze jako instrument ochrony produkcji gospodarczej państw (dawniej także poszczególnych gmin) przed konkurencją ze strony innych krajów. Były narzedziem obrony interesów narodowych. Ich stopniowe osłabianie zawsze szło w parze z osłabianiem rynku biznesów lokalnych na rzecz bardzo wąskiego kręgu macherów skorumpowanego kapitalizmu pasożytniczego.
Dlatego racjonalna rewaloryzacja ceł, ze szkodą dla wysokiej finansjery, będzie mile widziana, pod warunkiem że taka rewaloryzacja nie ograniczy się tylko do jednego kraju. Pod warunkiem, że zamiast szukać nierealistycznej zemsty (która dla USA byłaby bardziej śmieszna niż poważna), zaczniemy stosować protekcjonizm również u siebie – po to, by chronić naszą produkcję, naszą gospodarkę i nasze interesy. Także za cenę niezadowolenia rynków, mediów i banków inwestycyjnych.
źródło: https://babylonianempire.wordpress.com

