Czym naprawdę jest grawitacja?
Reading Time: 8 minutesWiemy, że nie ma żadnej siły przyciągania, że żaden magiczny magnes nie istnieje. Dotychczas uważaliśmy, że tak zwana grawitacja to po prostu gęstość, że ruch pionowy ciał sprowadza się wyłącznie do kolumny gęstości. Sprawa jest jednak nieco bardziej skomplikowana i dotyka kontrowersyjnej teorii. Jak trudna by nie była do zaakceptowania, prawda zawsze musi być na pierwszym miejscu, bez względu na to, jak bardzo niewygodna.
Efekt uboczny heliocentryzmu
Gdy prawie pięćset lat temu jezuita Mikołaj Kopernik opublikował słynne dzieło „O obrotach sfer niebieskich”, był to jasny sygnał, że satanistyczni kontrolerzy ludzkości oficjalnie zrywają z biblijną koncepcją budowy świata. Przekaz był jasny – stabilną Ziemię będącą centrum wszechświata i zamkniętym systemem, boskim zegarem łączącym ludzkość z drzewem życia i nieustającym pulsem przyrody, należy zniszczyć. Postanowili wytransferować człowieka w bezbrzeżną czarną próżnię, by na zawsze oderwać go od źródła i zredukować do rangi robaka.
Nienawidzący Boga jezuici sięgnęli do pogańskich koncepcji starożytnej Grecji, w których Ziemia była wirującą kulą w bliżej nieokreślonej przestrzeni rzekomego kosmosu. Zdecydowano się na kulę, ponieważ jej kształt idealnie wkomponowywał się w okrężny ruch Słońca i Księżyca. Poza tym kula rozwiązywała jeszcze jedną ważną kwestię – zamykała stado we wspólnej zagrodzie, blokowała ludzkości drogę do lądów znajdujących się za pierścieniem Antarktydy. Skoro Ziemia jest kulą, nie można odkryć nic poza tym, co znajduje się na geometrycznie skończonej powierzchni kuli. To więzienie doskonałe, bo odłącza umysł od atawistycznej potrzeby eksploracji terenu.

Nadanie Ziemi kształtu kuli jednak nigdy nie było celem samym w sobie, było raczej efektem ubocznym heliocentryzmu. Rządząca światem kabalistyczna masoneria wywodzi się od religii druidów, ze starożytnych pogańskich kultów solarnych, w których Słońce zawsze było bogiem. Skoro Słońce jest bogiem, to musi znajdować się w centrum wszechświata. A skoro tak, Ziemia jest tylko jego satelitą, czymś dodatkowym, co jedynie krąży wokół. Model heliocentryczny wymusił powstanie koncepcji kosmosu, czyli nieograniczonej przestrzeni próżniowej, w której lewitują skały – planety. W rzeczywistości żadna planeta nie jest ciałem stałym, na którym cokolwiek kiedykolwiek może wylądować, to ciała świetliste. Model heliocentryczny dosłownie zmusił kontrolerów do ustanowienia kulistego kształtu Ziemi. Kula jest efektem ubocznym heliocentryzmu, a nie celem pierwszej potrzeby.
Niewidzialny klej
Gdy już ustanowiono kształt Ziemi, pojawił się zasadniczy problem – jak wytłumaczyć niczego nieświadomym masom dziwne utrzymywanie się wszystkiego na powierzchni kuli. Jakim cudem miliardy ton morskiej wody nie odfruwają z tej fascynującej wirówki? Musiała zaistnieć magiczna siła, która trzymałaby wszystko przy gruncie jakimś niewidzialnym klejem.

W tym momencie, niczym Deus ex Machina, wkracza na scenę Izaak Newton – alchemik, biblista i mason 33-go stopnia. Ten brytyjski hochsztapler i wyśmienity znawca natury ludzkiej wymyśla „prawo powszechnego ciążenia”. Była to niezwykła, kompletnie odjechana koncepcja sprowadzająca się do tego, że wszystkie obiekty posiadające masę przyciągają się wzajemnie. Tę absurdalną, magiczną siłę wzajemnego przyciągania nazwano grawitacją. Teoria Newtona załatwiała sprawę – Ziemia przyciąga inne przedmioty ze względu na swoją ogromną masę. Od tamtej pory wszystko było jasne – z wirującej kuli nic nie odpada, bo wszystko trzyma w żelaznym uścisku bliżej nieokreślona siła grawitacji.
Jakiś czas temu oficjalna nauka przyznała się do tego, że grawitacja nie istnieje. Teraz się to nazywa efektem zakrzywienia czasoprzestrzeni. Oczywiście nie było mowy o powiedzeniu prawdy i podaniu rzeczywistych przyczyn ruchu pionowego ciał. Ale tak naprawdę nie jest to tutaj istotne. Liczy się samo przyznanie faktu, że prawo powszechnego ciążenia jest fikcją.
Uzmysłówmy sobie, jak gigantyczne konsekwencje powinno to wywołać zarówno w tak zwanej nauce, jak i praktyce życia codziennego, bo wyszło na to, że od czasu Newtona cała fizyka opiera się o wzory wykorzystujące nieistniejącą wielkość fizyczną. F=G(m1m2)/r2, gdzie G to stała grawitacyjna (o konkretnej wartości), m1 i m2 to masy ciał, r to odległość między ich środkami. Mówiąc wprost, siła grawitacji jest iloczynem mas ciał podzielonym przed kwadrat odległości między nimi. Z tego wzoru wynika, że na ciała o większej masie działa odpowiednio większa siła grawitacji. Jeśli masa ciała rośnie dwukrotnie, to siła grawitacji również rośnie dwukrotnie. Grawitacja okazała się kapryśna i wybiórcza. Mega sprytne wyjaśnienie ciemnocie, dlaczego ocean nie odkleja się od wirującej Ziemi, ale płatek śniegu już tak.
Niemal cała współczesna fizyka i astronomia opierały się na tym wzorze, na stałej grawitacyjnej i równaniach wykorzystujących wielkość fizyczną, której istnieniu teraz oficjalnie zaprzeczono. Od czasu tego odkrycia w szkołach, na uniwersytetach oraz ośrodkach „naukowych” powinno wrzeć, powinna dosłownie trząść się ziemia. Podręczniki do fizyki należałoby napisać od nowa, w zasadzie na nowo trzeba by zdefiniować niemal wszystkie pojęcia fizyczne, zupełnie inaczej wyjaśniać zachowanie się się ciał w przestrzeni. Tymczasem nic takiego się nie dzieje. Wszystkie podręczniki nadal obowiązują, szkoły „uczą” po staremu, cała kosmologia opierająca się na sile grawitacyjnej jest dokładnie taka sama, jak była.
Grawitacja jest matką heliocentryzmu i całej współczesnej astronomii. Bez niej nie dałoby się uzasadnić istnienia kuli ziemskiej ani wyjaśnić funkcjonowania planet oraz tak zwanego kosmosu. Do dziś prawo powszechnego ciążenia pozostaje wyłącznie teorią. Nikt nigdy nie udowodnił, by jedno ciało przyciągało drugie wyłącznie ze względu na różnicę mas. Grawitacja jest dokładnie tym samym, czym kula ziemska – powtórzonym tysiąckroć kłamstwem, które stało się prawdą. Nigdy nie było żadnej grawitacji. Coś, co powstaje wyłącznie w umyśle człowieka, zwie się fikcją literacką tudzież fantastyką.
Ruch układu odniesienia
Dotychczas uważaliśmy, że o ruchu pionowym ciał decydują wyłącznie dwie przeciwdziałające sobie siły – gęstość masy danego obiektu i energia wyporu otoczenia, w jakim się znajduje. Kropla wody spada (grzęźnie w otoczeniu), bo ma większą gęstość niż otoczenie (w tym przypadku powietrze). Balonik z helem ma mniejszą gęstość od otoczenia, przez co wznosi się do góry – powietrze go wypycha. Kamień ma większą gęstość od wody, dlatego tonie, grzęźnie w wodnym otoczeniu, które jest zbyt rzadkie, by stanowić wystarczający opór. Ale już pęcherzyk powietrza, kawałek plastiku albo korek unoszą się z dna do góry, bo mają mniejszą gęstość niż otaczająca je woda.

Teoria ta, choć spójna i logiczna, nie uwzględnia jednak zasadniczej sprawy – przyspieszenia podczas spadku swobodnego. Kiedy balonik z helem unosi się do góry, porusza się ze stałą prędkością, a jego ruch można w bardzo łatwy sposób wytłumaczyć – pojawia się tu konkretna siła wynosząca go w górę, konkretnie siła wyporu. Przy spadaniu przedmiotów jest inaczej. Pojawia się przyspieszenie, po upuszczeniu przedmioty spadają coraz szybciej. Skąd się ono bierze?
W tym miejscu dochodzimy do kluczowej sprawy wyjaśniającej przyczynę przyspieszenia – upwardingu. Upuszczane na Ziemię rzeczy przyspieszają, dlatego że wszystko wraz z Ziemią znajduje się w bezustannym ruchu w górę z jednostajną prędkością. Kiedy upuszczasz kubek, on jedynie pozornie przyspiesza. W rzeczywistości zwalnia, a reszta układu odniesienia dogania go, poruszając się do góry. Nie zdajemy sobie z tego sprawy, nie widzimy tego, bo jesteśmy częścią tego układu, znajdujemy się w środku i poruszamy w górę z całą Ziemią jak w gigantycznej windzie. Omawiany temat dobrze przybliża materiał z kanału Real World.
Wyobraź sobie dwa jadące samochody – jedno jedzie za drugim z taką samą prędkością, powiedzmy 100 km/h. Z samochodu jadącego z przodu wypada piłeczka golfowa. Od tego momentu piłeczka stopniowo wytraca swoją prędkość, a jadący z tyłu samochód uderza w nią. Jeśli odległość między autami jest niewielka, uderzenie będzie słabe. Jeśli odległość jest duża, uderzenie będzie silne. Im większa odległość między samochodami, tym silniejsze uderzenie. Dlaczego? Dlatego że przy większym dystansie dzielącym oba samochody piłeczka zdąży bardziej wyhamować, a nadjeżdżający z tyłu samochód nie hamuje, lecz porusza się ze stałą prędkością, co siłą rzeczy skończy się silnym uderzeniem.
Na takiej samej zasadzie działa upadanie, tylko dzieje się to w pionie. Upadek z niskiej wysokości nie zrobi Ci krzywdy, bo nie zdążysz wytracić prędkości w stosunku do poruszającego się w górę układu odniesienia pod Tobą. Skacząc z dachu, zabijesz się lub połamiesz, bo zdążysz wyraźnie wytracić prędkość w stosunku układu odniesienia. Skacząc, jedynie pozornie nadajesz swojemu ciału prędkość. W rzeczywistości zwalniasz, a pędząca Ziemia zbliża się do Ciebie. Im większy dystans dzielący Cię od podłoża, tym silniejsze uderzenie. Dokładnie tak samo jak z opisanymi wyżej samochodami i piłeczką.
Każdy współczesny telefon ma wbudowany akcelerometr, który mierzy obecność siły. Kiedy trzymasz go w spoczynku (np. na stole), to wskazuje on 1G. Kiedy jednak go przyspieszysz ze stanu spoczynku w dowolnym kierunku (w górę lub na boki), to zwiększy siłę z 1G do wyższych wartości i wykryje przyspieszenie. Jeżeli będziesz trzymał telefon w dłoni i go upuścisz, to patrząc z zewnątrz wydaje się przyspieszać w kierunku Ziemi, ale sam akcelerometr nie wykryje żadnego przyspieszenia. Jego wskazania pokażą 0 siły G. Kiedy umieścisz akcelerometr w balonie z helem i wypuścisz go, to akcelerometr wykryje siłę do góry. Jest to dowód na to, że balon z helem jest pchany do góry, a na obiekt w spadku swobodnym nie działają żadne siły.
Upuszczana szklanka w momencie strącenia ze stołu traci punkt podparcia. Do tego momentu poruszała się w górę wraz z całym układem odniesienia jak w ogromnej windzie. W chwili puszczenia nie jest już podpierana przez stolik i zaczyna wytracać swoją prędkość, a poruszająca się w górę Ziemia zbliża się do niej. Z naszego punktu widzenia wydaje się, że to szklanka spada, że to ona przyspiesza, ale to nieprawda. W rzeczywistości szklanka zwalnia, to układ odniesienia pod szklanką zbliża się do niej ze stałą prędkością. Im większy dystans do Ziemi, tym bardziej szklanka wytraci swoją energię i prędkość, z jaką wcześniej poruszała się do góry wraz z całą resztą. Wiem, że nie jest to intuicyjne, ale upwarding jest jedynym sensownym wytłumaczeniem przyspieszenia ziemskiego i tego, czym jest tak zwana grawitacja.
Podsumowanie
Ziemia wraz z całym układem odniesienia porusza się ruchem jednostajnym w górę niczym gigantyczna winda. To stanowi jedynie sensowne wyjaśnienie przyspieszenia grawitacyjnego. Prawda jest taka, że nie wiemy, czym jest przestrzeń, w której porusza się Ziemia. Nie jest to oczywiście idiotyczny kosmos z lewitującymi skałami, czarnymi dziurami i horyzontem zdarzeń. Ziemia nie jest idiotycznym lewitującym dyskiem. Należy jednak uczciwie przyznać, że nie wiemy czym naprawdę jest otaczająca nas rzeczywistość, czym jest przestrzeń poza Ziemią, czym jest cały układ odniesienia. Czy jest to ukryty wymiar lub jakaś czasoprzestrzeń? Ziemia jest częścią bardziej złożonego układu, który musi zawierać również mechanizmy ruchome nadające jej przyspieszenie, czyli tak zwaną grawitację. Wolałbym, by Ziemia była stacjonarna, całkowicie nieruchoma. Jednak nie będę zamykał się na logiczne wytłumaczenia tylko dlatego, że są niewygodne i sprzeczne z przyjętym wcześniej modelem.
Nie ma czegoś takiego, jak waga sama w sobie. Ciężar każdego ciała wynika z relacji masy tego ciała do nacisku układu odniesienia. Bez ruchu nie ma ciężaru, nie ma wagi. Jeśli znajdziemy się w spadającej windzie, nie będziemy ważyć nic. Stojąc na wadze w spadającej windzie, wskazówka na skali pokaże zero. Aby mieć wagę (ciężar), potrzeba dwóch rzeczy: siły nadającej ruch obiektu oraz oporu do tego ruchu, czyli inercji. Z tego samego powodu istnieje ciśnienie atmosferyczne. Ziemska atmosfera jest gęsta na dole, a rozrzedzona na górze. Jeśli sito wyciągniesz z dna jeziora, na jego spodzie ujrzysz gęsty muł i glony, a na górze znacznie drobniejsze ziarenka i inne rzadkie rzeczy. Ziemia, poruszając się stale w górę, przesuwa gęste warstwy powietrza w dół. To nie powietrze spada, to Ziemia przyciska je od spodu swoim jednostajnym ruchem w górę.

Materia sama z siebie nie dąży do spoczynku, dzieje się tak z powodu inercji. Co powoduje inercję? Jest to opór masy obiektu do ruchu. Opór materii (do ruchu) jest proporcjonalny do jej masy. Im więcej masy, tym więcej oporu. Im mniej masy, tym mniej oporu. Właśnie dlatego obiekty w próżni „spadają” w tym samym czasie. Nie ma już czynnika oporu, więc relacja masy do inercji nie ma znaczenia. Samochód stojący obok roweru na Ziemi ma większe momentum, ponieważ ma więcej masy, co oznacza, że ma również więcej oporu. Opór w związku z inercją jest proporcjonalny do masy obiektu. Jednak ten opór wynika z ruchu (nacisku) Ziemi od dołu w górę. W próżni podczas spadku swobodnego wszystko wytraca momentum w tym samym tempie, bo nie ma już czynnika oporowego. Na ciała nie działają wtedy żadne siły.
W naszym świecie doświadczamy oporu, wagi i gradientu ciśnienia. Musi zatem istnieć przyczynowy faktor tego, jakiś mechaniczny powód, który znajduje się na zewnątrz układu odniesienia. Trudno jednak to zrozumieć, będąc w środku, będąc częścią układu, który jest w ruchu.
Ciężar nie istnieje bez ruchu. Również przyspieszenie nie istnieje bez ruchu. Energia nie istnieje bez ruchu. Czy zatem materia może poruszać się sama z siebie? Czy materia może spowolnić sama z siebie? Odpowiedź brzmi: nie, nie może. Materia sama z siebie nic nie robi. Materia jedynie reaguje na to, co wpływa na nią z zewnątrz. Siła to ruch materii w konkretnym kierunku. Siła nie jest niezależną istotą. Nie ma siły, która by była sama w sobie wyizolowaną rzeczą. Siła jest tylko słowem próbującym opisać materię w ruchu. I właśnie tym jest grawitacja – to ruch układu odniesienia w stosunku do obiektu, który utracił punkt podparcia tego układu.

