Trump chce przesiedlić Palestyńczyków
Reading Time: 3 minutesMinęły zaledwie dwa tygodnie od zaprzysiężenia Donalda Trumpa na prezydenta USA, a ten już zdążył zdradzić Palestynę i wszystkich muzułmanów, którzy na niego głosowali. Otóż jego pomysłem na hekatombę, jaką Izrael zgotował Palestynie, jest przesiedlenie mieszkańców ze zniszczonej Gazy do innych krajów. To wyjątkowo odrażający skandal.
Zamiast uruchomić procesy naprawcze, wysłać do Gazy ekspertów budowlanych i nakreślić plan odbudowy, Trump proponuje wywalić jej mieszkańców, przesiedlając ich w „bezpieczną strefę”. Mówił to w obecności uśmiechniętego Benjamina Netanjahu, którego niedawno gościł w Białym Domu, tak jakby zapomniał, że osobą odpowiedzialną za ten dramat jest właśnie on.
To nie wybuch wulkanu dokumentnie zniszczył Gazę, nie trzęsienie Ziemi zabiło dziesiątki tysięcy Palestyńczyków, tylko żydowscy politycy, którzy za pomocą lotnictwa i rakiet zrzucali im bomby na głowy. To wina przede wszystkim Benjamina Netanjahu, który niedawno został uznany zbrodniarzem wojennym przez Międzynarodowy Trybunał Karny.
Nie bez znaczenia wydaje się tutaj udział Jareda Kushnera, zięcia Donalda Trumpa, który niedawno podwoił swoje udziały w izraelskim holdingu zaprojektowanym tak, by czerpać zyski z przyspieszonej ekspansji osadnictwa w Palestynie. Wcześniej Trump ogłosił zamiar zniesienia sankcji nałożonych na brutalnych osadników izraelskich, skutecznie legitymizując ich działania i oferując im ochronę polityczną. Jakby tego było mało, wypowiedzi szefa Białego Domu o Gazie (zniszczonej przez wielomiesięczne bombardowania) jako „fantastycznym kawałku nieruchomości z widokiem na morze” zdają się potwierdzać zamiar przekształcenia zdewastowanego terytorium w okazję spekulacyjną.

Na kilka godzin przed oficjalnym ogłoszeniem zawieszenia broni władze Izraela zatwierdziły umowę, która przyznała Kushnerowi prawie 10% udziałów w Phoenix Financial – jednej z wiodących izraelskich firm ubezpieczeniowych, czyniąc go największym udziałowcem spółki. Affinity Partners, prywatna firma Kushnera sfinansowana inwestycją w wysokości 2 miliardów dolarów z państwowego funduszu majątkowego Arabii Saudyjskiej (i będąca przedmiotem kilku dochodzeń Senatu), już w lipcu ubiegłego roku nabyła 4,95% udziałów Phoenix Financial.
Tylko w ubiegłym roku izraelscy osadnicy byli odpowiedzialni za ponad tysiąc ataków na Palestyńczyków, co stanowi najwyższy poziom przemocy ze strony osadników, jaki kiedykolwiek odnotowano. Phoenix Financial ma wyraźne powiązania z osadnictwem, które czerpie zyski z izraelskiej okupacji na Zachodnim Brzegu i Wzgórzach Golan (gdzie nieprzypadkowo znajduje się wioska o nazwie Trump Heights), a firma finansowała również projekty energii odnawialnej na wspomnianych terenach. Kushner pozytywnie wypowiadał się o możliwościach inwestycyjnych w Strefie Gazy, sugerując, że nieruchomości na nabrzeżu mogą być szczególnie cenne.
O ile prawdą jest, że dzięki muskularnej postawie Trumpa na horyzoncie pojawia się możliwość deeskalacji izraelskiej wojny w Strefie Gazy, o tyle fakt, że członek jego rodziny będzie czerpać korzyści z budowy osiedli na okupowanych przez Izrael terytoriach palestyńskich (nielegalnych w świetle prawa międzynarodowego i odpowiedzialnych za wzrost przemocy wobec Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu oraz we Wschodniej Jerozolimie) świadczy o nowym i autorytarnym kursie amerykańskiego imperializmu.

Obserwujemy zwieńczenie operacji planowanej jeszcze na długo przed rozpoczęciem fałszywej flagi Hamasu w Gazie, bo przecież jeszcze przed „wojną” Netanjahu pokazywał w ONZ nową mapę Bliskiego Wschodu, na której nie ma już Gazy. Przesiedlanie rdzennej ludności przez Amerykanów kojarzy się wyłącznie z eksterminacją Indian – ze zbrodnią, za którą nigdy nie odpowiedzieli. Szokujące, że setki lat później to wciąż jest aktualne.
Brałem pod uwagę, że przyjdzie mi zrewidować swoje spojrzenie na politykę Trumpa, a nawet przyznać się do błędu w sprawie nadziei z nim wiązanych. Nie sądziłem jednak, że nastąpi to tak szybko. Trump ewidentnie stanął po stronie Izraela, i bardzo prawdopodobne, że plan ten wymyślono na długo przed wyborami, a to jest cena, którą zgodził się zapłacić w zamian za możliwość ponownego objęcia urzędu.
Niestety wszystko wskazuje na to, że z punktu widzenia Izraela nie ma żadnego znaczenia, czy prezydentem USA jest człowiek z nadania partii demokratycznej czy republikańskiej. Obie te partie wiszą na syjonistycznym pasku i zrobią dla Tel Awiwu, co trzeba. Jedynym plusem opcji konserwatywnej na tle zdegenerowanych demokratów jest to, że spowolni lub zatrzyma jawnie komunistyczne zapędy i marksistowskie pomysły. Reszta zostaje bez zmian tak dla USA, jak i reszty świata.

